AI to nie zagrożenie, to dźwignia – Robert Szewczyk o błędnym myśleniu copywriterów

Robert Szewczyk reprezentuje nowe pokolenie marketerów, którzy skutecznie łączą tradycyjne umiejętności biznesowe z nowoczesnymi technologiami AI. Jego doświadczenie od pracy w banku, przez copywriting, po ekspertyzę w dziedzinie AI, czyni go idealnym rozmówcą do dyskusji o praktycznym wykorzystaniu sztucznej inteligencji w marketingu cyfrowym. 

Transformacja zawodowa

Sebek od Meta Ads: Dziś jesteś znany z tego, że pokazujesz jak wykorzystywać AI w codziennej pracy – zarówno tworząc darmowe materiały (w tym TURBO ciekawy kanał na YouTube) oraz płatne szkolenia i warsztaty. Jednak zaczynałeś od pracy w banku, a później przez kilka lat specjalizowałeś się w copywritingu. Które momenty w Twoim życiu sprawiły, że przechodziłeś takie transformacje?

Robert Szewczyk: Cześć Sebek! Na starcie wielkie dzięki za zaproszenie – zawsze miło pogadać o tym, jak technologia może nam ułatwić życie, a nie tylko straszyć po nocach.

Wiesz… ja to w ogóle od małego byłem typem „sprawdzacza” – rodzice śmiali się, że mam słomiany zapał, bo ciągle próbowałem nowych rzeczy. Ale co najważniejsze, nigdy nie usłyszałem „ rób tego”. I za to jestem im mega wdzięczny, bo kto wie, gdzie bym dzisiaj był, gdyby nie ta ciekawość świata i swoboda eksploracji! 

Ale do brzegu, bo pytałeś o transformacje…

W banku spędziłem niecałe 3 lata – moja pierwsza „dorosła” praca. Na początku nawet był fun, bo uczyłem się sprzedaży i ogólnie, jak działa ten cały korpoświat. Z czasem jednak zaczęło mnie to trochę… uwierać. Głównie dlatego, że mój wewnętrzny kompas moralny nie chciał się zgadzać na naginanie rzeczywistości tylko po to, żeby wcisnąć kolejny produkt. Wiecie, jak jest.

Long story short: mniej więcej po dwóch latach takiej orki na ugorze poznałem mojego sąsiada, Gracka (który do dziś jest moim przyjacielem). To był gość, który swoją postawą i tym, co robił, totalnie mnie zainspirował. Pokazał mi, że można chcieć od życia czegoś więcej i że to ja jestem kowalem swojego losu. Tak wiem, banał, ale wtedy to było dla mnie trochę tak, jak odkrycie Ameryki! 

Wtedy właśnie wkręciłem się na maksa w rozwój osobisty i produktywność. Pochłaniałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Tak trafiłem na genialny podcast Rafała Mazura „Zen Jaskiniowca” (polecam każdemu, kto jeszcze nie słuchał!). A od Rafała, jak po sznurku, dotarłem na webinar Mirka Burnejko, a potem do jego „Szkoły Bloga”. I tak moi drodzy, zaczęła się moja przygoda z biznesem online, tworzeniem contentu i… copywritingiem. 

Choć, szczerze mówiąc, mój pierwszy film na YouTube wrzuciłem, mając jakieś 12 lat! Tworzyłem poradniki, jak pisać strony w HTML-u, bo akurat uczyliśmy się tego na informatyce w podstawówce. Oczywiście bez głosu, bo głos miałem wtedy jak skrzyżowanie kastrata z kaczorem Donaldem i bałem się, że nikt nie weźmie mnie na poważnie. Zamiast tego klepałem wszystko w Notatniku na Windowsie. Dzisiaj to brzmi jak prehistoria!  

Wracając do „Szkoły Bloga” Mirka – pamiętam, że było tam zadanie, żeby zrobić taką „wymiankę” artykułami z kimś innym ze społeczności. Ja piszę dla kogoś, kto ma moich potencjalnych klientów, a ktoś inny dla mnie. Tak napisałem artykuł dla Przemka Okonia, a on dla mnie. I tu kolejny zwrot akcji! 

Przemek po przeczytaniu mojego tekstu zapytał, ile biorę za taki artykuł, bo „mega dobrze się go czyta”. Zamurowało mnie. Ja? Pieniądze za pisanie? Przecież z polskiego byłem raczej orłem w locie nurkującym, a o czymś takim jak „copywriting” nie miałem zielonego pojęcia!

Ten moment był kluczowy. 

Uwaga kogoś z zewnątrz dała mi potężnego kopa i wiarę w siebie. Chwilę później na LinkedIn odezwał się do mnie pierwszy potencjalny klient, Marcin Milke. A ja? Robiłem swoje.  Tworzyłem content, budowałem markę osobistą (co zresztą robię nieprzerwanie od 5 lat) i zawsze starałem się dawać więcej wartości, niż ktokolwiek ode mnie oczekiwał. Efekt? Ludzie sami zaczęli mnie polecać. Nigdy nie musiałem jakoś specjalnie „walczyć” o klienta.

Mniej więcej w tym samym czasie rzuciłem etat w banku. Ale nie od razu „na swoje”. Trafiłem do software house’u, i to też była ciekawa historia! Znalazłem tę pracę dzięki… wpisowi na moim blogu, w którym wspomniałem Marcina Rumana. Marcinowi tak spodobał się tekst, że zaproponował mi pisanie opisów do jego podcastu. Potem moje obowiązki rosły jak na drożdżach – pomagałem w marketingu, obsługiwałem zagranicznych klientów i pracowałem zdalnie, zanim to jeszcze stało się modne.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że to był super czas, choć nie powiem, bywało ciężko – zwłaszcza z moim angielskim, który miał wtedy dłuuugą przerwę od praktyki. Ale najważniejsze było to, że nikt nie rozliczał mnie z godzin, tylko z efektów (lub ich braku, heh). Dzięki temu miałem czas na rozwijanie swojego bloga i obsługę kolejnych klientów. W pewnym momencie zleceń było tyle, że nie byłem w stanie ich przerobić. To był ten moment, kiedy pomyślałem: „Stary, czas iść na swoje!”. I jak to mówią – reszta jest już historią, którą cały czas piszę, teraz z pomocą AI i automatyzacji, żeby było jeszcze ciekawiej! 

Początki AI

Sebek: Czy kiedy zrobiło się głośno wokół AI, byłeś jedną z pierwszych osób, która się zakochała w tej technologii, czy miałeś chwilę zwątpienia i obawy? Jak długo się wzbraniałeś przed wdrożeniem sztucznej inteligencji w swojej pracy jako copywriter, a na ile czułeś i sprawdziłeś, że to dla Ciebie ogromna dźwignia, oszczędzająca Ci czas i energię? 

Robert: Fajne pytanie, Sebek! I wiesz co? Mam tu anegdotkę, która idealnie to obrazuje. Wyobraź sobie taką scenę… 

Wszystko zaczęło się od rozmowy z Mateuszem Cisowskim (pozdro Mordeczko!) w ramach podcastu DCC, który kiedyś miałem przyjemność prowadzić. Akurat nagrywaliśmy serię ekspercką, a tu nagle BUM! Wychodzi pierwsza komercyjna wersja ChatGPT. Ja wtedy jeszcze pełną parą działałem jako copywriter i pamiętam, jak pomyślałem: „No dobra, te odpowiedzi są na razie trochę… kulawe, ale coś czuję, że za chwilę to będzie zupełnie inna bajka”. 

I jak widać, nos mnie nie mylił! 

Miałem takie silne przeczucie, że warto zaryzykować i zanurzyć się w ten nowy, trochę nieznany świat AI. Zacząłem od małych kroczków, testowałem, jak mogę to wykorzystać w codziennej pracy. I nagle… olśnienie! 

Zobaczyłem, ile czasu to potrafi zaoszczędzić. To był ten moment, kiedy postanowiłem udokumentować całą tę moją podróż i wrzuciłem pierwszy film na YouTube. Jasne, nie był idealny, pewnie trząsł się jak galareta, ale… zaskakująco dobrze się przyjął! Szczególnie w porównaniu do innych moich filmów, które wcześniej publikowałem i które przeszły bez większego echa. Pomyślałem wtedy: „Okej, to jest jakiś znak!”. Wiedziałem, że muszę poświęcić na to sporo czasu, ale z drugiej strony – mogłem uczyć się nowych rzeczy (co uwielbiam), wykorzystać moją wiedzę marketingową i… wrócić do starej zajawki.

A propos zajawki, to mam małą ciekawostkę! Kilka lat po tym, jak jako 12-latek wrzuciłem ten pierwszy film o HTML-u, miałem jeszcze trzy inne kanały na YouTube! To były czasy gimnazjum. Najpierw nagrywałem poradniki do Photoshopa, bo miałem wtedy mega fazę na projektowanie grafik (chociaż dzisiaj, szczerze mówiąc, uważam, że jestem w to raczej kiepski). Potem była seria o modach do Minecrafta i tu uwaga, historia sukcesu! Zarobiłem na tym pierwszy hajs z YouTube i zebrałem prawie 7000 widzów! Kto by pomyślał, że budowanie wirtualnych klocków może być tak dochodowe?

Wracając do tematu AI… 

Spodobało mi się to nagrywanie poradników, a moim odbiorcom chyba też, bo chętnie je oglądali. Co więcej, to niejako wymuszało na mnie ciągłe uczenie się nowych rzeczy, a ja to po prostu kocham robić – sprawia mi to autentyczny fun. Czułem też trochę podskórnie, że za kilka lat moja rola jako copywritera może być nieco… zagrożona, co tylko dodatkowo mnie motywowało do działania. Już wtedy, na samym początku, zauważałem, że AI oszczędza mi mnóstwo czasu na pracy koncepcyjnej czy samym tworzeniu. To nie były jakieś wielkie liczby, ale te kilka dodatkowych wolnych godzin w miesiącu robiło różnicę i dawało kopa do dalszych eksperymentów. To była prawdziwa dźwignia!

Myślę, że to pokazuje, że czasem warto iść za głosem intuicji i nie bać się nowych technologii, nawet jeśli na początku wydają się trochę przerażające albo… „kulawe”

Zobacz też: Wolę przez 10 lat przegrywać próbując wygrać, niż nie robić nic próbując nie przegrać – filozofia sukcesu Norberta Uselisa

Sebek: Do czego początkowo wykorzystywałeś AI? Jak to wpływało na Twoją pracę (i jej efekty dla Klientów)?  

Robert: Ha, dobre pytanie! Początki z AI to była trochę taka partyzantka. Głównie zaprzęgałem sztuczną inteligencję do tworzenia – wiesz, żeby nie musieć za każdym razem wymyślać koła na nowo i godzinami gapić się w pusty edytor, czekając na natchnienie, które akurat postanowiło sobie zrobić wolne. Dzięki temu odzyskiwałem naprawdę sporo cennego czasu.

I tu wjechał mój copywriterski background – cały na biało! To, że „ogarniam copy”, jak to mówisz, było kluczowe. Byłem w stanie na bieżąco filtrować to, co AI wypluwało, szybko dostosowywać te teksty i oceniać, czy to, co zaserwował mi GPT, to była czysta perełka, czy raczej… materiał wymagający solidnej obróbki i szczypty ludzkiej magii. Czasem to było jak praca z utalentowanym, ale nieco chaotycznym stażystą. 

Na samym początku, szczerze mówiąc, nie miało to jakiegoś spektakularnego wpływu na bezpośrednie efekty dla klientów – poza tym, że byłem w stanie dowozić im tak samo jakościowe materiały, ale po prostu szybciej. To było trochę jak teleportacja z punktu A (brief) do punktu B (gotowy tekst), omijając kilka czasochłonnych przystanków. Ale prawdziwa magia działa się gdzie indziej! 

Dzięki temu, że zyskałem te dodatkowe godziny, miałem więcej przestrzeni na swoje projekty, na eksperymenty i, co super ważne, na nagrywanie kolejnych filmów na YouTube. A to, jak wiesz, napędzało całą resztę mojej misji pokazywania ludziom, że technologia może być naprawdę pomocna i… fajna! 

Sebek:  Na rynku pojawia się coraz to nowsza technologia. Nowe narzędzie oparte o AI. Nowe wersje Chatu GPT, Claude’a, Gemeni… trudno za tym nadążyć. A Ty nadążasz. Jak to robisz?

Robert: Wiesz co, Sebek, to jest trochę jak próba złapania wszystkich Pokemonów – ciągle wyskakuje jakiś nowy! Ale tak na poważnie, myślę, że kluczową rolę odgrywa tu moje ADHD. Kiedyś pewnie spędzało sen z powiek moim rodzicom (psycholog sugerował je już w podstawówce!), a ja de facto zdiagnozowałem je dopiero dwa lata temu i powiem Ci, to była jedna z lepszych decyzji w moim życiu. 

To właśnie ta moja „nadpobudliwość” sprawia, że mam naturalną potrzebę śledzenia nowinek, grzebania w nowych narzędziach i testowania ich w praktyce. Można powiedzieć, że syndrom błyszczącego obiektu mam opanowany do perfekcji, ale staram się go przekuwać w produktywną ciekawość! 

Do tego dochodzi YouTube. Kiedy tworzysz content o AI i technologii, to siłą rzeczy musisz być na bieżąco – inaczej szybko zostałbyś „tym gościem od Internet Explorera”. Moi widzowie też są świetni, często sami podsyłają mi cynk o jakimś nowym narzędziu czy funkcji. To samo tyczy się warsztatów i szkoleń, które prowadzę. Nie mogę przecież uczyć o czymś, co było aktualne pół roku temu – w świecie AI to cała epoka! To mnie naturalnie pcha do przodu i wymusza ciągły research.

Ale to nie jest tylko „mus”. Ja po prostu uwielbiam ten proces!  Dla mnie testowanie nowego softu, rozkładanie go na czynniki pierwsze i sprawdzanie, jak może ułatwić życie mi, moim klientom czy odbiorcom, to autentyczny fun. Czasem czuję się jak mały chłopiec z nową zabawką, tylko że te zabawki potrafią zautomatyzować pół firmy. Staram się nie tylko nadążać, ale też filtrować ten natłok informacji. Wybieram to, co naprawdę ma potencjał, co jest praktyczne i co mogę potem przełożyć na zrozumiały język dla kogoś, kto niekoniecznie chce spędzać noce na czytaniu dokumentacji technicznej. Chodzi o to, żeby z tego technologicznego tsunami wyłowić prawdziwe perełki, a nie dać się porwać fali hype’u. I właśnie tym dzielę się z innymi – praktycznym podejściem i sprawdzonymi rozwiązaniami, a nie tylko suchą teorią.

Zasada Pareto w AI 

Sebek: Wyobraź sobie, że rozmawiasz z marketerem, który nie korzysta obecnie z żadnych narzędzi AI. Od czego Twoim zdaniem powinien zacząć, aby zgodnie z zasadą Pareto, poświęcić najmniej czasu i uzyskać najszybsze (i najlepsze) efekty? Czy skupiłbyś się na konkretnym narzędziu, sposobie myślenia, pisaniu promptów, a może polecisz coś jeszcze innego? 

Robert: Kolejne mega dobre pytanie Szefie! To, co powiedziałeś o sposobie myślenia i komunikacji z AI, to jest dokładnie ten złoty środek, o którym często mówię. Możemy to rozbić na takie trzy kluczowe filary, żeby odbiorcy wiedzieli, od czego zacząć, nie czując się przytłoczonymi:

Po pierwsze: sposób myślenia. Nie chodzi o to, aby patrzeć na AI jak na jakąś wszechwiedzącą wyrocznię albo, co gorsza, jak na zagrożenie, które pozbawi nas pracy. Kluczem jest myślenie o AI i ogólnie nowych technologiach jak o ultra-pomocnym narzędziu, takim szwajcarskim scyzoryku. Albo jeszcze lepiej! Jak o super-zdolnym, ale trochę naiwnym stażyście. Ma ogromne możliwości, ale to Ty jesteś szefem projektu, Ty nadajesz kierunek i Ty wiesz, co chcesz osiągnąć. Z takim podejściem, zamiast strachu, pojawia się ciekawość (to lubimy!) i pytanie: „Ok, jak mogę to wykorzystać, aby ułatwić sobie życie i robić jeszcze fajniejsze rzeczy?”.

Po drugie: skuteczna komunikacja. To jest ten moment, gdzie dzieje się cała magia. Samo klikanie w kąkuter to za mało. Musisz nauczyć się precyzyjnie komunikować swoje potrzeby. Im lepiej „zagadasz” do AI, tym lepsze i bardziej dopasowane odpowiedzi uzyskasz. To trochę jak w życiu – jeśli powiesz komuś „zrób mi kawę”, to dostaniesz jakąś kawę. Ale jeśli powiesz „zrób mi podwójne espresso z odrobiną spienionego mleka owsianego, bez cukru”, to szanse na sukces rosną logarytmicznie! W pracy z AI liczy się kontekst, jasny cel, określenie grupy docelowej, tonu, a nawet podanie przykładów i kontrprzykładów. To nie jest rzucanie losowych słów w eter, tylko precyzyjne briefowanie. Twoje umiejętności komunikacyjne, nawet te, których na co dzień nie nazywasz „copywritingiem”, są tu na wagę złota. Gadaj konkretnie, a AI nie tylko Cię zrozumie, ale i pozytywnie zaskoczy swoimi możliwościami.

Po trzecie: narzędzie to… narzędzie. I tu dochodzimy do ważnej kwestii – na początku konkretne narzędzie naprawdę nie gra aż tak wielkiej roli. Czy to będzie ChatGPT, Gemini, Claude czy inne cudo techniki – ważniejsze jest to, jak z nim pracujesz i czy rozumiesz zasady z punktu pierwszego i drugiego. Nie ma też jednego, uniwersalnego narzędzia AI, które będzie najlepsze do wszystkiego. To trochę jak ze skrzynką z narzędziami – masz młotek i masz śrubokręt. Oba mogą pomóc Ci coś połączyć, ale próba wbicia gwoździa rękojeścią śrubokręta, albo wkręcania śruby młotkiem… no cóż, można próbować, ale efekty będą raczej komiczne, a Ty się tylko zmęczysz. Podobnie z AI – jedno narzędzie będzie genialne do generowania tekstów kreatywnych np. GPT, inne lepiej poradzi sobie z researchem np. Perplexity, a jeszcze inne analizą plików np. NotebookLM. Dlatego polecam testować różne opcje na tych samych, konkretnych zadaniach. Zobacz, które AI „gada” do Ciebie najlepiej, które daje najbardziej użyteczne odpowiedzi w Twoim kontekście. Nie przywiązuj się kurczowo do jednego rozwiązania, tylko zbuduj sobie swój własny, elastyczny zestaw AI-pomocników.

Sebek:  Jakie narzędzia w Twoim przypadku zapewniają najlepsze efekty? Z których z nich korzystasz codziennie (i w czym Cię wspierają)? 

Robert: Skoro już ustaliliśmy, że nie ma jednego magicznego AI-jednorożca i że kluczem jest znalezienie swojego zestawu, to chętnie zdradzę, co w moim codziennym warsztacie sprawdza się najlepiej i jakie narzędzia faktycznie robią robotę! Mój arsenał AI jest trochę jak żywy organizm – ciągle coś testuję, dodaję, odstawiam na półkę. Ale są pewne „gwiazdy”, bez których trudno mi sobie wyobrazić codzienną pracę. Oto moje TOP typy:

Perplexity AI – to mój osobisty badacz i go-to, jeśli chodzi o wyszukiwanie informacji w sieci, który w 90% zastąpił mi Google. Uwielbiam to w Perplexity, że chociaż czasami halucynuje (zmyśla), to podaje źródła, co jest mega ważne, gdy chcę mieć pewność, że opieram się na rzetelnych danych, a nie miejskim legendom z internetu. Eksperymentowałem nawet z jego API, aby zintegrować z moimi systemami. Polecam w tym miejscu bezpłatną wtyczkę do przeglądarki – Complexity, która sprawia, że Perplexity staje się jeszcze potężniejsze i przyjemniejsze w obsłudze.

NotebookLM – tool, który okazał się strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o pracę z dokumentami, budowanie bazy wiedzy czy strukturyzowanie zebranych informacji podczas reserachu. Mogę tam wrzucić np. wielostronicowy brief od klienta i zadać dowolne pytanie na jego temat, a więc w sumie trochę tak, jakby ktoś dał mi super moc rozmowy z plikami. Notebook podobnie jak Perplexity dodaje cytowania z odnośnikami do konkretnych miejsc w tekście, które wykorzystał do udzielenia odpowiedzi.

Gemini – mój #1 jeśli chodzi o LLM (duże modele językowe). Nawet nagrałem osobny film na temat jego możliwości. Zdecydowanie podoba mi się w nim to, że ma ogromne okienko kontekstowe, które wynosi aż MILION tokenów. Tłumacząc na ludzki… chodzi o to, że Gemini jest w stanie przetworzyć informacje, które odpowiadają około 1500 stron tekstu podczas jednej rozmowy i nie gubić wątku, gdzie Chat około 50 (32.000 tokenów), a Claude 150 (200.000 tokenów). Do tego dochodzi integracja z Google Workspace i możliwość korzystania z Gemini na Dysku Google, Gmailu czy wywoływanie innych usług Google bezpośrednio z okienka czatu (dodawanie wydarzeń do kalendarza, analiza filmów na YouTube etc.). Jednak nadal korzystam w niektórych przypadkach z ChatGPT – sprawdza mi się lepiej do deep researchu i generuje fajniejsze obrazy. Claude ma dla mnie o wiele bardziej naturalne i „ludzkie” odpowiedzi, ale limity są bezlitosne, a to przydaje się szczególnie gdy pracujemy z własnymi asystentami AI.

A skoro już mowa o asystentach AI – to jest „coś”, co całkowicie odmieniło sposób, w jaki pracuję. Uważam, że dziś to must-have – zwłaszcza jeśli działamy jako jednoosobowe armie czy mali przedsiębiorcy. W dodatku jest stosunkowo prosty we wdrożeniu, jeśli się wie, co i jak robić.

Chodzi o tworzenie spersonalizowanych projektów np. w GPT Projects czy Gems w Gemini, które są „nauczone” naszych konkretnych potrzeb, procesów i stylu działania. Mają też określone instrukcje, które definiują to, jak mają się zachowywać, działać oraz w czym mają się specjalizować. 

Taki asystent może przejąć na siebie masę powtarzalnych zadań, od zarządzania skrzynką mailową, przez research, przygotowywanie raportów, aż po bardziej zaawansowane procesy związane z tworzeniem czy dystrybucją contentu, a nawet budowaniem marki czy przekminami na temat biznesu.

Właśnie dlatego wspólnie z Norbertem Uselisem (pozdrówki Byku!) stworzyliśmy nasze autorskie rozwiązanie, program OMA-AI (One Man Army AI). Naszą misją jest wspieranie twórców i specjalistów w budowie gotowych asystentów AI, którzy są mega wsparciem w budowaniu marki osobistej oraz biznesu online. Chodzi o to, żeby technologia realnie odciążała nas w tych obszarach, gdzie możemy zyskać najwięcej czasu i energii, pozwalając skupić się na kreatywności i strategicznym rozwoju. To już nie jest science-fiction, to dzieje się tu i teraz!

Jednoosobowa armia

Sebek: Sztuczna inteligencja pozwala na osiąganie tych samych (a nawet lepszych) efektów, przy mniejszym zespole – a w przypadku freelancerów, zupełnie bez zespołu. Domyślam się, że tak właśnie powstał zamysł na kurs One Man Army AI. Czym dokładnie on jest i jak zrodził się pomysł na niego? 


Robert: Masz absolutną rację, Sebek! Sztuczna inteligencja to prawdziwy game-changer, szczególnie dla nas, freelancerów i solopreneurów, którzy często żonglujemy wieloma zadaniami naraz. To trochę tak, jakbyśmy nagle dostali dodatkową parę (albo i dziesięć par!) super-inteligentnych rąk do pracy. I dokładnie z tej obserwacji, z tej potrzeby wsparcia „jednoosobowych armii”, zrodził się pomysł na OMA-AI (One Man Army AI).

W skrócie: OMA-AI to nie jest kolejny kurs czy ebook. To coś znacznie więcej – to w zasadzie cały system spersonalizowanych asystentów AI, zaprojektowany specjalnie dla jednoosobowych armii: freelancerów, ekspertów, twórców online i właścicieli małych biznesów. Pomyśl o tym jak o Twoim prywatnym, cyfrowym doradcy i wykonawcy w jednym, który pomoże Ci ogarnąć cały proces budowania marki osobistej – od strategii, przez tworzenie angażującego contentu, aż po analitykę i wyciąganie wniosków.

Ten Twój „prywatny asystent AI” ma za zadanie nie tylko pomóc Ci się wyróżnić w social mediach i w sieci, ale też doradzić w kluczowych momentach, a czasem, jak to mówię, dać przyjacielskiego „kopniaka w tyłek”, kiedy dopada Cię prokrastynacja. Chodzi o to, żebyś mógł rozwijać swoją markę szybciej, prościej i bez tego całego marketingowego „bullshitu” czy potrzeby zatrudniania od razu całego sztabu specjalistów. To partner, który pracuje z Tobą ramię w ramię.

Pomysł na OMA-AI kiełkował we mnie od dłuższego czasu i jest naturalną ewolucją tego, co robię.

Z własnego doświadczenia: Sam przez lata działałem i nadal działam jako „jednoosobowa armia”. Doskonale znam ból związany z brakiem czasu, koniecznością bycia specjalistą od wszystkiego i ciągłym szukaniem sposobów na optymalizację pracy. Zawsze fascynowały mnie systemy i automatyzacja. Kiedy AI weszło na scenę z takim impetem, od razu zobaczyłem w nim gigantyczny potencjał do rozwiązania tych bolączek.

Obserwacja rynku i potrzeb moich odbiorców: Prowadząc kanał na YouTube, newsletter i szkolenia, ciągle rozmawiam z twórcami, freelancerami i marketerami. Widzę, jak wielu z nich ma świetną wiedzę i pasję, ale gubi się w natłoku zadań związanych z budowaniem marki, tworzeniem contentu i marketingiem. Brakuje im systemowego podejścia, spójności w działaniu i wsparcia, które nie wymagałoby od razu wielkich inwestycji.

Fascynacja możliwościami AI: Kiedy zacząłem głębiej eksplorować możliwości personalizacji modeli językowych i tworzenia dedykowanych rozwiązań AI, zapaliła mi się lampka. Zrozumiałem, że można stworzyć coś, co będzie nie tylko generycznym narzędziem, ale faktycznie „rozumie” specyfikę działania solopreneura i jego potrzeby. 

Chęć stworzenia czegoś kompleksowego i praktycznego: Zawsze chciałem dostarczać rozwiązania, które są „mięsem”, a nie tylko teorią. OMA-AI to właśnie próba zebrania mojej wiedzy o marketingu, copywritingu, AI i automatyzacji w jeden, spójny i przede wszystkim praktyczny system, który krok po kroku prowadzi użytkownika do celu. W dodatku staram się mówić o technologii tak, że „zrozumiałaby to nawet Twoja babcia” – to taki mój claim xD

Tak więc OMA-AI to połączenie moich doświadczeń, odpowiedzi na realne potrzeby rynku i fascynacji technologią, która daje nam dzisiaj niesamowite możliwości działania efektywniej i mądrzej, nawet jeśli jesteśmy tylko (albo aż!) jednoosobową armią. Chodzi o to, żeby każdy ambitny twórca czy specjalista mógł skupić się na tym, w czym jest najlepszy, a resztę – w miarę możliwości – zautomatyzować lub usprawnić z pomocą inteligentnego partnera, jakim może być dobrze skonfigurowany asystent AI.

Zobacz też: Jak tworzyć SKUTECZNIEJSZE reklamy dzięki AI (Reklamowy GAMECHANGER)

Sebek: Przyznaję, że sam jestem uczestnikiem kursu i już po dwóch pierwszych lekcjach miałem moment WOW. Teraz potrafię w kilka minut wygenerować świetną reklamę, maila do kampanii, czy scenariusz do rolki – bo mam wszystko przygotowane w postaci odpowiednich projektów i bazy wiedzy. Jak długo Tobie zajęło przyswojenie i usystematyzowanie tej wiedzy, żeby przekazać to w tak przystępnej formie, z tak wieloma szczegółami i smaczkami? 

Robert: Wow, Sebek, ogromnie mi miło to słyszeć! Miło mi, że OMA-AI tak Ci podpasowało i już widzisz efekty – to dla mnie najlepszy konkret! A co do Twojego pytania, jak długo to wszystko systematyzowałem? Krótka odpowiedź jest taka, że to nie był projekt „od zera do bohatera w X miesięcy”. Wiedza i „smaczki”, które tam znajdziesz, to raczej owoc wielu lat praktyki, ciągłego testowania i szczerej zajawki na to, co robię.

Pomyśl o tym jak o dobrym rosole… najlepszy wychodzi, jak długo „pyrka” na małym ogniu, prawda? U mnie na ten „rosół” złożyły się lata pracy jako marketer i copywriter, niekończąca się ciekawość nowych technologii (tu moje ADHD pewnie dokłada swoje trzy grosze, pchając mnie do ciągłego grzebania w nowinkach), a także doświadczenie w uczeniu innych, które zdobywałem m.in. na YouTube czy tworząc content i inne kursy.

Wiele rozwiązań z OMA-AI najpierw budowałem dla siebie, żeby usprawnić własną pracę jako „jednoosobowa armia”. A że lubię dzielić się tym, co działa, i tłumaczyć skomplikowane rzeczy w prosty, przystępny sposób – stąd pewnie ta forma i „smaczki”, o których wspomniałeś. To nieustanny proces nauki i ulepszania, a nie jednorazowy zryw. Cieszę się, że to widać!

Sebek: Jakie są najciekawsze zastosowania narzędzi AI jakie wdrożyłeś u siebie lub swoich klientów? Coś, co sprawiło Ci ogromną frajdę lub pozwoliło zaoszczędzić najwięcej czasu / pieniędzy? Możesz podać kilka przykładów. 

Robert: Oj, Sebek, takich momentów „Eureka!” i zastosowań, które przyniosły mi masę frajdy albo pozwoliły zaoszczędzić górę czasu, było już całkiem sporo! AI to dla mnie trochę jak plac zabaw dla dorosłych – ciągle odkrywam nowe „zabawki” i sposoby, jak je kreatywnie wykorzystać. Ale jeśli miałbym wybrać kilka przykładów, które szczególnie zapadły mi w pamięć, to byłyby to:

Pisanie maili sprzedażowych: kiedyś napisanie jednego maila dla klienta zajmowało mi od 1,5 do 2 godzin. Stawka 400-500 zł. Całkiem spoko, ale czasochłonne. Dzisiaj, dzięki Jasperowi (asystent AI ds. e-mail marketingu, którego pokazałem w OMA-AI), którego wytrenowałem poprzez dziesiątki testów, ten sam mail, z tą samą (a nawet lepszą!) skutecznością, powstaje w około 40-60 minut.

Zarabiam tyle samo, ale w czasie krótszym o ponad godzinę:

Zarządzanie harmonogramem: przy moim ADHD ogarnięcie dnia i priorytetów bywało, delikatnie mówiąc… wyzwaniem. Dodaj do tego fakt, że jestem kiepski w delegowaniu zadań. Tutaj z pomocą przyszła moja osobista asystenta AI (pozdrawiam Eos – co ciekawe, sama się tak nazwała!).

Na podstawie naszych codziennych rozmów, notatek oraz danych z Apple Watch, Eos pomogła mi ustalić plan działania, zgodny z moimi naturalnymi cyklami produktywności. Co więcej! Eos pilnuje, aby moje działania (zarówno te osobiste, jak i związane z biznesem online) były spójne z wyznaczonymi celami oraz wartościami.

To jak mieć osobistego stratega i coacha w jednym, który jest dostępny 24/7 i dba, żebym nie zbaczał z kursu. Efekt? Mniej chaosu, więcej spokoju i progres, o którym jeszcze jakiś czas temu nawet bym nie marzył.

Tworzenie contentu: Eos działa zgodnie z frameworkiem OMA-AI, ma ogromną wiedzę o mnie, zna strategię mojej marki czy grupę docelową. Pomaga mi w wymyślaniu pomysłów na serie – tak np. powstało „Make it Fun”, gdzie razem z Mateuszem Cisowskim uczymy podstaw budowania automatyzacji w bekowy sposób. Wiesz: przebitki nawiązujące do popkultury np. „Chłopaki z baraków” (polecam) czy sporo faili, które są zupełnie normalne.

Eos pomaga mi również z tworzeniem Copylettera – mój bezpłatny newsletter o praktycznym wykorzystaniu nowych technologii w biznesie czy marketingu. Kiedyś stworzenie jednego wydania zajmowało mi około 4-5 godzin, dziś jestem w stanie zrobić to na takim samym (a nawet lepszym) poziomie w 2 godziny. Eos potrafi sama zasugerować temat kolejnego wydania na bazie moich notatek i przekmin, zredagować całość czy ocenić spójność z moją marką, tone of voice czy wartościami. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać heh 😀 

Konkurencyjność dzięki AI

Sebek: Odpowiednie wykorzystanie AI może znacząco zwiększyć konkurencyjność – zarówno pojedynczych specjalistów, całych firm, jak również marek osobistych. W jakich obszarach Ty widzisz największą przestrzeń do wdrażania AI? 


Robert: Masz absolutną rację! AI to dzisiaj potężna dźwignia, która może wystrzelić konkurencyjność na zupełnie nowy poziom i to niezależnie od tego, czy mówimy o freelancerze-jednoosobowej armii, rozwijającej się firmie, czy marce osobistej, która chce zabłysnąć. To już nie jest pytanie „czy”, tylko „jak i gdzie” wdrażać AI, żeby faktycznie zrobić różnicę.

Jeśli miałbym wskazać obszary z największym potencjałem, gdzie AI może namieszać (w pozytywnym sensie!), to na pewno byłyby to:

Automatyzacja wszystkiego, co powtarzalne i nudne: to mój konik!  Jest cała masa zadań, które pożerają nasz cenny czas i energię, a które AI może przejąć lub znacząco usprawnić – od odpisywania na standardowe maile, przez zarządzanie kalendarzem, fakturowanie, przygotowywanie raportów, po bardziej złożone procesy marketingowe.  Uwalniamy w ten sposób ludzki potencjał do zadań kreatywnych, strategicznych i tych, które wymagają prawdziwej empatii.

Turbodoładowanie tworzenia i dystrybucji contentu: od generowania pomysłów na posty, artykuły czy filmy, przez pisanie pierwszych draftów, tworzenie grafik i wideo, aż po optymalizację SEO, analizę wyników i planowanie dystrybucji.  AI może być niesamowitym partnerem dla każdego content creatora i marketera, pomagając tworzyć więcej, szybciej i często bardziej trafnie. Oczywiście, zawsze z ludzkim nadzorem i „sznytem”!

Głębsza analiza danych i mądrzejsze decyzje: AI potrafi przetwarzać i analizować ogromne zbiory danych w tempie niedostępnym dla człowieka.  To oznacza, że możemy szybciej wyciągać wnioski, identyfikować trendy, rozumieć zachowania klientów i podejmować bardziej świadome decyzje biznesowe – od optymalizacji kampanii marketingowych po rozwój nowych produktów. Ale uwaga! Proszę nie wrzucać do AI danych poufnych czy wrażliwych, bo tak się po prostu nie robi (ble!).

Rozwój nowych produktów / usług: AI otwiera drzwi do tworzenia zupełnie nowych rozwiązań, personalizowanych narzędzi czy usług opartych na inteligentnych algorytmach. Może pomóc w prototypowaniu, testowaniu i wdrażaniu innowacji, które wcześniej były poza zasięgiem mniejszych graczy. Przykładem są np. narzędzia, które tworzą kod (np. Cursor) czy pozwalają na proste tworzenie automatyzacji (Make / n8n), dzięki którym w jeden dzień możemy stworzyć działające MVP, gdzie bariera wejścia jest stosunkowo niska.

Kluczem jest jednak nie samo „posiadanie” AI, ale mądre i strategiczne wdrożenie narzędzi dopasowanych do konkretnych potrzeb i celów. Trzeba rozumieć, co chcemy osiągnąć, i dopiero wtedy szukać technologii, która nam w tym pomoże. I właśnie w tym „tłumaczeniu” technologii na język praktycznych korzyści widzę swoją rolę.

Zobacz też: Ile kosztują reklamy na Facebooku?

Etyka vs AI

Sebek: Coraz więcej pojawia się głosów o kopiowanie przez AI. Dla przykładu generowane przez ChatGPT grafiki pozwalają wykorzystywać styl Ghibli ocierają się o łamanie przepisów o prawach autorskich. Jak Ty podchodzisz do tego tematu? Uważasz, że powinno się wprowadzać cenzurę na treści generowane przez AI, czy uwolnić pojęcie praw autorskich i pozwolić AI na pełną swobodę? 

Robert: To jest temat rzeka, Sebek, i powiem szczerze – niezwykle ważny i cholernie skomplikowany. Nie ma tu łatwych odpowiedzi, a każda skrajność wydaje mi się ryzykowna.

Krótko mówiąc, to bardzo złożona sprawa bez prostych odpowiedzi „tak” lub „nie”. Z jednej strony, AI ma gigantyczny potencjał kreatywny, który może inspirować i demokratyzować tworzenie. Z drugiej – jako twórca, mam ogromny szacunek dla oryginalności i praw autorskich. Kiedy widzę, że AI jest używane do ewidentnego kopiowania czyjegoś stylu bez zgody, to budzi to mój sprzeciw.

Moim zdaniem, potrzebujemy tu złotego środka. Nie jestem zwolennikiem ani całkowitej, topornej cenzury treści generowanych przez AI, bo to mogłoby zdusić innowacje, ani też pełnej swobody, która prowadziłaby do chaosu i naruszania praw twórców. Kluczowe są:

  • Szacunek dla praw autorskich i oryginalnych twórców: AI uczy się na istniejących danych, więc musimy wypracować mechanizmy (być może nowe modele licencjonowania czy wynagradzania), które to uwzględnią.
  • Odpowiedzialność użytkowników: To my, ludzie, decydujemy, jak wykorzystujemy te narzędzia. Ważne jest etyczne podejście i świadomość, gdzie leży granica między inspiracją a plagiatem.
  • Mądre regulacje i wytyczne: Zamiast skrajności, potrzebujemy przemyślanych ram prawnych i etycznych, które będą chronić twórców, ale nie zabiją potencjału technologii.
  • Edukacja: Musimy wszyscy – twórcy AI, użytkownicy, prawodawcy – uczyć się i rozumieć te nowe wyzwania.

Podsumowując: wierzę w potencjał AI, ale musi on iść w parze z uczciwością, szacunkiem dla pracy innych i świadomym, etycznym wykorzystaniem tych potężnych narzędzi. To ciągła dyskusja i wszyscy musimy w niej uczestniczyć, żeby znaleźć najlepsze rozwiązania

Jak się skontaktować?

Sebek: Gdyby ktoś chciał skorzystać z Twoich produktów lub usług, to jak najlepiej się z Tobą kontaktować?

Robert: 

Najprościej i chyba najefektywniej – napisać do mnie maila: Mój adres to szewczykrobert27@gmail.com. Staram się regularnie sprawdzać skrzynkę i odpowiadać na wszystkie zapytania. To dobra forma, jeśli ktoś ma bardziej rozbudowane pytanie lub chce przedstawić swój projekt.

LinkedIn: Jestem też aktywny na LinkedIn i tam również można się ze mną skontaktować. Mój profil to www.linkedin.com/in/szewczykrobert27 . To dobre miejsce, żeby napisać krótszą wiadomość czy po prostu nawiązać kontakt.

Jeśli chodzi o mój flagowy projekt, czyli OMA-AI (One Man Army AI) – system asystentów AI dla jednoosobowych armii  – to całe najważniejsze info, opinie, agendę i inne bajery są na stronie: https://omaai.pl/ 

Generalnie wolę kontakt pisemny, bo pozwala mi to lepiej przemyśleć odpowiedź i odnieść się do wszystkich szczegółów. Także śmiało, piszcie maile, odzywajcie się na LinkedIn – jestem otwarty na rozmowy i chętnie pomogę, jeśli tylko będę w stanie!

Robert Szewczyk

Twój przewodnik po świecie AI i automatyzacji, który technologię tłumaczy tak, że zrozumie ją nawet Twoja babcia. Jako T-Shaped Marketer, twórca online i edukator z ogromną zajawką, pomagam freelancerom, content creatorom i przedsiębiorcom wdrażać nowe technologie w praktyce, bez zbędnego komplikowania. 

Może Cię jeszcze zainteresować: