Praca na etacie to przedszkole dla dorosłych – Mateusz Duchniak o budowie i rozwoju biznesu cyfrowego
Mateusz Duchniak to inżynier, który porzucił stabilny etat, żeby stworzyć z żoną Elizą edukacyjną markę Matematriki – dziś jedną z najpopularniejszych platform przygotowania do egzaminów w Polsce, z dziesiątkami tysięcy obserwujących na TikToku i tysiącami zadowolonych uczniów rocznie. W jego portfolio znajdziemy także Szkołę Haftu (pierwszy sukces w produktach cyfrowych stworzony razem z mamą).
Od etatu do kursów online
Sebek od Meta Ads: Pracowałeś jako inżynier i miałeś stabilną pracę etatową. Co sprawiło, że zdecydowałeś się rzucić wszystko i postawić na biznes online?
Mateusz Duchniak: To długa historia, ale postaram się ująć ją jak najbardziej zwięźle. Przede wszystkim, w dzieciństwie pojęcie etatu było mi obce. Oboje moi rodzice praktycznie od zawsze pracowali na własny rachunek, prowadząc swoje działalności. Z tego powodu to ścieżka niezależnego przedsiębiorcy, była moją „domyślną” ścieżką, którą wyniosłem we wzorcach z dzieciństwa. Praca etatowa ze stałymi godzinami pracy, w korporacji czy urzędzie, od zawsze kojarzyła mi się z takim „przedszkolem dla dorosłych”, co miałem okazję doświadczyć na własnej skórze. Do „normalnej” pracy w zarządzaniu inwestycjami poszedłem, ponieważ potrzebowałem resetu i chwili spokoju po nieudanym pierwszym biznesie w branży budowlanej, rozpoczętym jeszcze podczas studiów. Podczas gdy ja odpoczywałem i na etacie zbierałem siły mentalne przed kolejnym, nieokreślonym jeszcze projektem, moja mama eksplorowała polskiego Youtube’a po pozbyciu się telewizora z mieszkania. To były czasy, gdy na swoich vlogach bardzo aktywni byli Mirek Burnejko i Maciej Aniserowicz. Moja Mama, słuchając ich podczas swojej pracy, coraz bardziej przekonywała się do idei przekazywania swojej wiedzy online. Zgrało się to z momentem, w którym stwierdziłem, że w tym konkretnym miejscu pracy moje możliwości rozwoju są mocno ograniczone. Moje mentalne akumulatory tymczasem były już naładowane i znowu gotowe do działania na 100% mocy. To był dobry moment na start nowego projektu. Obserwowaliśmy wtedy poczynania Mirka i start jego Fabryki Kursów. W drugiej edycji stwierdziliśmy, że to odpowiedni moment, zainwestowaliśmy w dostęp i wzięliśmy się do pracy.
Sebek: Zanim powstały Matematriki, stworzyłeś razem z mamą „Szkołę Haftu”. Jak ten projekt nauczył Cię prowadzenia biznesu online? Jak w ogóle prowadzi się taki biznes z Mamą?
Mateusz: Szkoła Haftu była i nadal jest dla mnie dużą szkołą życia i prowadzenia małego biznesu. Jestem przekonany, że bez doświadczeń ze Szkoły Haftu nie powstałyby Matematriki. W Szkole Haftu musiałem przestawić swój inżynierski umysł na zupełnie inne tory, co było najbardziej potrzebne w nauce marketingu i sprzedaży. Gdy ze świata stali i betonu, w którym od kilkudziesięciu lat panują z grubsza te same zasady, z myślenia liniowego i działania na dość przewidywalnych zmiennych wchodzisz w przestrzeń którą nierzadko rządzą emocje, ludzkie odruchy i psychologia – mózg paruje. To była trudna nauka tego, że niekoniecznie to, co najładniejsze najlepiej ściąga uwagę. Tego, że co pół roku zmieniają się zasady gry. Tego, że z jednej strony trzeba testować różne rozwiązania i pomysły, a z drugiej, nawiązując do Szymborskiej, „nic dwa razy się nie zdarza” i to, co działało dobrze dwa miesiące wcześniej, dzisiaj może być już całkowicie nieskuteczne. Tak było w kursach i marketingu online już 5 lat temu, a stale zwiększająca się liczba reklamodawców konkurujących o uwagę tego samego widza wszystkie te zmiany znacznie przyspieszyła. Co nie zmienia faktu, że nadal używam ścisłej części mojego umysłu, między innymi w analizie płatnego ruchu, czy w tworzeniu automatyzacji.
Przechodząc do tematu prowadzenia biznesu z Mamą, jest to na pewno temat na dużo dłuższą wypowiedź. Kiedyś nawet myślałem o stworzeniu kursu online lub ebooka „jak współpracować w biznesie z rodzicem”. Mogłoby powstać naprawdę sporo ciekawego materiału na podstawie naszych doświadczeń.
A więc jak współtworzy się biznes online z własną Mamą? W naszym przypadku jest to sytuacja zupełnie odmienna od tej, w której dziecko przychodzi do firmy rodzica, pracuje w niej i na przykład szykuje się do sukcesji. Tutaj mamy do czynienia z tworzeniem całkowicie nowej wartości na bazie doświadczeń obu stron. Każdy wnosi to, co ma najlepszego do zaoferowania. Ze strony mojej Mamy było to ponad 30 lat doświadczenia w prowadzeniu pracowni haftu artystycznego, tysiące godzin spędzonych na rozmowach z klientami pracowni (co dało owoce na webinarach) i jeszcze dłuższe doświadczenie z osobami uczącymi się haftu, które przez te lata „przewinęły się” przez pracownię Mamy w roli uczennic, stażystek i pracownic. Ja z kolei wniosłem umysł otwarty na świat online’u oraz dużo technicznego konkretu, dzięki czemu typowe bariery osób początkujących w branży kursów były dla nas mniej dotkliwe.
Żadne z nas w pojedynkę nie dałoby rady zacząć i z tą świadomością zaczęliśmy współpracę. Gdy startujesz z pozycji partnerskiej, łatwiej jest zdefiniować zakresy odpowiedzialności, podzielić się pracą według jasnych zasad i wzajemnie szanować swoją pracę. Co mogę poradzić innym osobom startującym biznes z rodzicem oraz rodzicom startującym biznes z dorosłym dzieckiem? Przede wszystkim schować ego do kieszeni, bo tylko wtedy będzie możliwa sensowna komunikacja i twórcza atmosfera, bez licytowania się, kto ma więcej doświadczenia, czy kto bardziej „ogarnia” dzisiejsze czasy. Oczywiście i u nas bywały i bywają trudniejsze sytuacje. Czasem u któregoś z nas daje o sobie znać zmęczenie lub przejściowe wypalenie, ale właśnie dzięki temu, że działamy we dwójkę w konfiguracji Mama+syn, mamy w zasadzie bezgraniczne wzajemne zaufanie i wzajemny szacunek do decyzji drugiej strony, udaje nam się prowadzić Szkołę Haftu już szósty rok, pomimo różnych światowych zawirowań, których w ostatnich latach nie brakowało.
Sebek: To niesamowite, że można stworzyć taki biznesowy duet z rodzicem i budować go latami z sukcesem. A jakie były największe wyzwania przy pierwszym kursie online, jaki współtworzyłeś? Co robiłbyś inaczej, gdybyś zaczynał dziś od nowa?
Mateusz: O wielu decyzjach w trakcie prowadzeniu Szkoły Haftu mógłbym powiedzieć, że z perspektywy czasu zrobiłbym coś inaczej. Natomiast w przypadku naszego pierwszego kursu w Szkole Haftu, nie zmieniłbym nic. Podstawy Haftu Ręcznego to naprawdę przemyślany i ponadczasowy kurs, który nie raz udowodnił swoją skuteczność, a przede wszystkim dał początek wspaniałej społeczności uczniów i absolwentów Szkoły Haftu, która cały czas się rozwija, w tym momencie już w formie stowarzyszenia.
Co do wyzwań, to w zasadzie wtedy wszystko było wyzwaniem. Pomijając już kwestie typowe dla branży kursów online, takie jak marketing i sprzedaż, trzeba mieć na uwadze, że przed nami nikt w Polsce nie zrobił kursu online w tematyce haftu ręcznego. Wiele osób wręcz nie wierzyło, że umiejętność manualną, kojarzoną z przekazywaniem wiedzy „z babci na wnuczkę”, można przedstawić w taki sposób, aby ktoś mógł nauczyć się jej na odległość. Tematyka implikowała wiele wyzwań, które w przypadku kursów, dajmy na to, z branży IT, nie mają miejsca. Chociażby nagranie procesu haftowania wymaga odpowiedniego sprzętu i wiedzy o realizacji wideo, która w tamtym czasie, choć już coraz bardziej upowszechniona, jeszcze nie była na wyciągnięcie ręki. Czasem brakowało na rynku odpowiedniego sprzętu, choćby odpowiednich statywów, które spełniałyby wszystkie oczekiwania. Przy ograniczonych zasobach na start, bez hollywoodzkiego budżetu na ekipę, przy tworzeniu studia było dużo „rzeźbienia” i „druciarstwa”, co jednak ostatecznie przyniosło naprawdę fajny efekt. Trzeba też pamiętać o tym, że już w pierwszym kursie rzuciliśmy się na głęboką wodę, oferując kurs z zestawem akcesoriów, pudełkiem wysyłanym do każdego kursanta. Taki zestaw zawiera kilkadziesiąt elementów, w dużej części przygotowywanych ręcznie, co dodatkowo powodowało szereg czynności do oprocesowania, zoptymalizowania i, przede wszystkim, dostarczenia w odpowiedniej jakości. Dzięki naszej naprawdę wytężonej, wspólnej pracy na początku, do dzisiaj program Podstawy Haftu Ręcznego są jednym z najpopularniejszych naszych kursów i po 5 latach przeszedł jedynie kosmetyczne zmiany w treści.
Zobacz też: Jak przejść z 50k do 200k miesięcznie z tego samego produktu?
Dlaczego akurat edukacja szkolna
Sebek: Kiedy Szkoła Haftu weszła już w fazę dojrzałości, przyszedł czas na rozwój kolejnego projektu. Dlaczego zdecydowaliście się z żoną na niszę przygotowania do egzaminów? Co Was przekonało, że to jest ten rynek?
Mateusz: Rozpoczynając Matematriki, mieliśmy już spore doświadczenie z prowadzenia Szkoły Haftu. Ja, jako głównodowodzący, a Eliza, moja żona, jako obserwator całego tego zamieszania. Analizując Szkołę Haftu, miałem dużo przemyśleń jak powinien wyglądać następny biznes online. Nauka przedmiotów szkolnych spełniała dużo kryteriów na „tak”, a ponieważ Eliza już od liceum udziela korepetycji z matematyki, stwierdziliśmy, że warto spróbować. Za rynkiem przygotowania do egzaminów i nauki szkolnej przemówił u nas jeden, kluczowy argument, który nie jest spełniony w przypadku Szkoły Haftu. Baza potencjalnych klientów w nauce matematyki odnawia się co roku, z każdym kolejnym rocznikiem. Z kolei haftowanie, mimo że mówi się o jego renesansie, ma trudną do oszacowania wielkość rynku i poziom jego wzrostu, co przekłada się na zupełnie inne wyzwania w marketingu i sprzedaży.
Sebek: Jak oceniłeś potencjał rynku matur i egzaminów ósmoklasisty w Polsce? Czy robiłeś jakieś analizy konkurencji? Czy większą konkurencją są inne kursy online, czy raczej zajęcia stacjonarne?
Mateusz: Zaczynając odpowiedź od końca, z naszych obserwacji wynika, że korepetycje stacjonarne nie są zbytnio konkurencją dla kursów online. Jest to trochę inny klient, zarówno jeśli chodzi o typ rodzica jak i o typ ucznia. Rodzice uczniów zapisanych na korepetycje indywidualne nie zawsze widzą wartość w kursie online, reprezentują bardziej konserwatywne podejście do nauczania. Nie ma co ukrywać, że sporo też zależy od ucznia, bo decydując się na kurs online, musi on wykazać się choć minimalnym poziomem skupienia i odpowiedzialności za własne działania, aby efektywnie czegoś się nauczyć. Na korepetycjach stacjonarnych ciężar odpowiedzialności za wyniki ucznia zrzucany jest w większym stopniu na korepetytora. Nie wartościuję tutaj co jest lepsze. Jednakże widzimy, że w przypadku jednego ucznia do efektywnego opanowania materiału wystarczy taki „self-paced course” za cenę kilku godzin korepetycji, natomiast inny uczeń może „przepalić” znacznie wyższy budżet na całoroczne indywidualne korepetycje, bez znaczących wyników.
Inne kursy online na pewno są konkurencją, nie ulega to wątpliwości. Sporo matematycznych marek edukacyjnych pojawiało się na rynku już w momencie, gdy ja byłem pochłonięty Szkołą Haftu, a Eliza studiami. Pozycja na rynku to też istotna różnica pomiędzy Szkołą Haftu a Matematrikami. W hafcie byliśmy od początku liderem malutkiego rynku, w matematyce weszliśmy na dużo większy, ale częściowo już „obstawiony” rynek i musieliśmy się na nim odnaleźć. Natomiast uważam, że wszyscy, którzy mają na siebie pomysł, dostarczą jakościowy produkt i wytrwają pierwsze 2-3 lata, będą w stanie ukroić dla siebie kawałek tego tortu 🙂
Tak jak wspominałem wcześniej, ważną cechą rynku edukacji szkolnej jest to, że każdego roku poniekąd startujemy z przekazem marketingowym do danej grupy docelowej od początku, bo kolejny rocznik zaczyna np. ósmą klasę. To na pewno ułatwia wejście nowym osobom i markom na rynek. Jak wszędzie indziej, również w takich produktach można zaobserwować przywiązanie klienta do marki. Gdy rodzic i uczeń są zadowoleni z produktu w jednej klasie, to jest duże prawdopodobieństwo, że zdecydują się również na produkt do klasy kolejnej.
Sezonowość rynku
Sebek: Edukacja szkolna to bardzo sezonowy biznes. Jak radzicie sobie z tym, że przez 3-4 miesiące w roku praktycznie nie ma sprzedaży?
Mateusz: To fakt. Jest to poniekąd sezonowy biznes, ale nie aż tak jak mogłoby się wydawać. Z naszych doświadczeń jedynie przez 2 miesiące można zaobserwować duże spowolnienie sprzedaży (co również nie jest całkowitym brakiem sprzedaży). Pozostałe 10 miesięcy to już kwestia znalezienia odpowiedniego klienta i trafienia w odpowiednie potrzeby, w zależności od momentu w roku szkolnym.
Sebek: Kiedy koncentrujecie największe działania marketingowe? Czy wrzesień to rzeczywiście „święty miesiąc” w Waszym biznesie?
Mateusz: I tak i nie. Owszem, wrzesień jest miesiącem znacznego ożywienia po wakacjach i duża część uczniów oraz rodziców jest „w trybie kupowania wyprawki szkolnej”. To też miesiąc, gdzie nasza konkurencja działająca w modelu nauki na spotkaniach grupowych live intensyfikuje swoje działania marketingowe, bo zbierają grupy na cały rok szkolny. My jednak widzimy, że i w pozostałych miesiącach można sobie fajnie radzić. Dużo zależy od naszej oferty i tego, jak ją komunikujemy klientom.
Marketing i sprzedaż
Sebek: Jak wyglądały Wasze pierwsze kampanie na Facebooku? Ile zainwestowaliście na start i jakie były pierwsze wyniki?
Mateusz: Nie będę tutaj zagłębiał się w odmęty pierwszych kampanii w Szkole Haftu, bo to była inna epoka i inne zasady gry 🙂 Natomiast w Matematrikach podjęliśmy próbę mocnego startu z produktem o dość wysokiej cenie, która okazała się falstartem (o wynikach opowiem później, przy okazji pytania o największe porażki ;)), natomiast niedługo później zmieniliśmy strategię i zaczęliśmy wychodzić na plus. Natomiast nie ukrywam, że przez pierwsze miesiące były to ostrożnie wydawane środki, nie więcej niż 2-3 tysiące miesięcznie budżetu reklamowego, jak również dość symboliczne dochody, stanowiące bardziej kieszonkowe niż coś, na czym można oprzeć biznes.
Sebek: Eliza (Twoja żona) ma dziesiątki tysięcy obserwujących na TikToku i Instagramie. Czy ten ruch organiczny przekłada się na sprzedaż kursów?
Mateusz: Liczba obserwujących na pewno pomaga na wielu polach. Jeśli chodzi o sprzedaż, to trudno mi bezpośrednio podać liczbę sprzedaży czysto z ruchu organicznego, bo raz, że nigdy nie było naszym priorytetem działanie w pełni organiczne, a dwa, że ruch organiczny i płatny często wspierają się nawzajem i atrybucja wyników bywa problematyczna. Natomiast na co chciałbym zwrócić uwagę to, że wielkość konta w social media w dużym stopniu wpływa na poziom zaufania do osoby i marki, zwłaszcza w produktach i usługach B2C. Zupełnie inaczej postrzegana jest marka osobista z 20, 30 czy 40 tysiącami obserwatorów (nawet jak trafisz na nią z reklamy), a inaczej patrzy się na markę, która ma 50 czy 100 obserwatorów.
Sebek: Jakie były Wasze największe porażki w kampaniach reklamowych? Na co „przepaliście” najwięcej budżetu?
Mateusz: I tu wrócę do naszego startu sprzedaży pierwszego produktu, czyli kursu do matury podstawowej. Z perspektywy czasu widzę, że poza fajnym, rzetelnie zrobionym produktem, wszystko inne było złe. Tory były złe, szyny były złe, parafrazując klasyka. Przepaliliśmy na początku na szczęście nie aż tak dużo, kilka tysięcy (dość szybko zatrzymaliśmy kampanię). Sprzedaży nie było wcale, a powodów dlaczego tak się stało, było kilka. Po pierwsze, czas startu kampanii – był to już koniec stycznia, czyli trochę ponad 3 miesiące przed maturą. Wiedzieliśmy, że to już za późna pora roku szkolnego, zwłaszcza dla nowego produktu, ale produkcyjnie nie daliśmy rady zrobić tego wcześniej, totalnie przeszacowaliśmy nasze możliwości. Po drugie, cena, która w normalnych warunkach, w spokojnie zaplanowanej kampanii i sprzedaży wrześniowej byłaby może do zaakceptowania, dla klientów szukających czegoś na ostatnią chwilę, „byle zaliczyć”, była mocno przestrzelona. Do tego, jak się okazało, matura podstawowa z matematyki, mimo że zdaje ją każdy maturzysta, wcale nie jest aż tak prostym tematem na kurs.
Sebek: Czy wiesz, które formaty reklam działają u Was najlepiej? Jak podchodzisz w ogóle do testów?
Mateusz: Testować po prostu trzeba. Najlepiej w trybie ciągłym i w sporej ilości, jeśli mamy na to przestrzeń i budżet. Zwłaszcza w dobie powszechnej obecności krótkich form (shortsy, reelsy itd.), a także kontentu generowanego masowo z wykorzystaniem AI i zalewającego walle, odnoszę wrażenie, że czas życia kreacji się mocno skrócił i reklamy, które kiedyś mogły „chodzić” długimi miesiącami bez zmian, obecnie wymagają odświeżania dużo częściej. U nas z testów wychodzi, że najlepiej konwertują reklamy wideo, jak najbardziej zbliżone formą do filmów z rozwiązywaniem zadań, które Eliza wstawia organicznie na swój profil. Grafiki u nas się zazwyczaj nie sprawdzają, natomiast nie znaczy to, że nie sprawdzą się w przyszłości. Jak wspomniałem wcześniej, jedyna stała w tym świecie to zmiana.
Zobacz też: Czym jest lejek sprzedażowy – od podstaw bez pitu-pitu
Metryki biznesu
Sebek: Na jakie metryki zwracasz największą uwagę przy ocenie skuteczności reklam i rentowności całego modelu biznesowego? Na co patrzysz regularnie, a co traktujesz jako dodatkową informację przy wyciąganiu wniosków?
Mateusz: Być może nadto upraszczam ten temat, ale dla mnie główną metryką jest obecnie stan konta. Jeśli na koniec dnia po odjęciu podatków i wynagrodzenia dla firmy Pana Marka Z. zostaje mi dodatnia ilość pieniędzy, to model jest wart kontynuowania. Oczywiście warto posiłkować się innymi wskaźnikami, jak choćby CTR, czy CPC, bo zazwyczaj korelują one z wynikami sprzedażowymi, a po ich wartościach można szybciej zauważyć czy dana reklama idzie w dobrą stronę i rokuje na konwersje. Natomiast niezmiennie, ROAS is the king. Nasz model biznesowy jest pod tym względem dość prosty, bo nie ma dodatkowych punktów krytycznych, takich jak webinary. Lista mailowa, moim zdaniem, w tej niszy ma ograniczone zastosowanie – znacznie mniejsze niż w innych niszach. Dlatego też w naszym modelu względnie proste jest interpretowanie wyników skuteczności reklam.
Sebek: Oferujecie 14-dniową gwarancję zwrotu pieniędzy. Ile osób z tego korzysta? Czy uważasz, że pozwala to większej ilości osób dołączyć, bo czują, że ryzyko jest mniejsze?
Mateusz: W edukacji online czasowa gwarancja zwrotu zrobiła się już pewnym standardem. Zresztą sam jestem orędownikiem takiego „ludzkiego” podejścia do sprzedaży, również gdy jestem w roli konsumenta. Podejścia na zasadzie: kup, na spokojnie sprawdź, czy wszystko pasuje, pokaż dziecku, czy mu się spodoba i czy będzie z tego korzystać. Jeśli tak, to super, a jeśli nie, to no hard feelings, robimy zwrot i życie toczy się dalej 🙂 Zdejmuje to sporo presji i ułatwia podjęcie decyzji o zakupie akurat tego produktu. Zwroty ogólnie należą do rzadkości (w tym sezonie możemy policzyć je na palcach jednej ręki), stanowią nie więcej niż 1-2% przypadków. Zdarza się, że klienci testują kilka opcji od różnych twórców kursów. Mieliśmy sytuacje w obie strony – byli uczniowie, którzy przyszli do nas po przetestowaniu innych twórców. Mówili, że tamci twórcy im „nie podeszli”, a sposób tłumaczenia Elizy do nich trafia. Były też przypadki w drugą stronę, gdzie uczeń oświadczył swojej mamie, że on się z tego nie będzie uczył i już. I taka mama pisze do Elizy, że jej się bardzo podoba ten sposób tłumaczenia, ale na opinię syna nie poradzi i koniec. To sytuacja bardzo zbliżona do stacjonarnych korepetycji, gdzie uczniowie również mają swoje jasne preferencje co do nauczyciela i rodzic często musi dostosować się do woli dziecka.
Przyszłość edukacji
Sebek: Jakie widzisz największe szanse na rynku edukacji online w Polsce w najbliższych 2-3 latach?
Mateusz: Nie mam na to jasnej odpowiedzi. Szczerze mówiąc, trudno powiedzieć w jakim to kierunku pójdzie, bo 2-3 lata to w dzisiejszym świecie ogromny horyzont czasowy. Z jednej strony widzimy jak AI z miesiąca na miesiąc coraz bardziej wchodzi w nasze życie i zaczęło już stanowić źródło bardzo taniej edukacji. Wciąż jednak nie jest pozbawione wad i nadal miewa tendencje do halucynacji. Zwłaszcza w ścisłych przedmiotach prowadzi to czasem do kuriozalnych sytuacji, głównie ze względu na specyfikę działania modeli LLM. Natomiast te problemy coraz efektywniej są adresowane i być może już niedługo pojawi się jakiś jeden gracz z konkretnym finansowaniem, który zmieni obecny rynek edukacji nie do poznania. Albo obecni giganci, tacy jak Google, OpenAI czy Anthropic stworzą produkty na tyle uniwersalnie dobre, że nie będzie sensu tworzyć czegokolwiek customowego na dany rynek. Popatrzmy też na drugą stronę barykady, na nasz państwowy system edukacyjny. Mamy skostniały, upolityczniony system publicznej oświaty, który zjada swój ogon, a dzieciaki są jego największą ofiarą i muszą w nim funkcjonować, czy tego chcą, czy nie. Już w moich czasach szkolnych (a było to jeszcze przed erą smartfonów) dało się mocno odczuć, że szkoła nie nadąża za technologią. Oczywiście mówię tu o ogóle środowiska oświatowego, a nie o pojedynczych nauczycielach z pasją – chwała im, że istnieją i są chlubnymi wyjątkami. Dzisiaj dzieciaki mają teoretycznie dostęp do całego świata nauki i technologii, w zasadzie nieograniczone możliwości zdobywania wiedzy w internecie, a mimo to, korzysta z tego mały ułamek uczniów, a spora część potrzebuje dodatkowych kursów, które przeprowadzą ich za rękę przez materiał ze szkolnego podręcznika. Coś chyba jest nie tak z tą oświatą, nie sądzisz? Generalnie jestem zdania, że gdyby szkoły działały optymalnie, to cała nasza nisza kursów szkolnych nie miałaby zbytnio pracy. I szczerze mówiąc, życzyłbym tego dla dobra dzieciaków, by szkoły uczyły tak dobrze aby nie było potrzeby korzystania z dodatkowych kursów. Natomiast z tego co widzę, jesteśmy od tego stanu rzeczy daleko i oddalamy się coraz bardziej. Dlatego szans biznesowych na naszym lokalnym rynku będzie prawdopodobnie sporo. Trzeba po prostu uważnie słuchać, gdzie oświata ma problem z zaspokojeniem potrzeb i tam kierować swoją uwagę, tworząc odpowiednie alternatywy.
Sebek: Zdecydowanie się zgadzam – wsłuchiwanie się w głos Twoich potencjalnych klientów i odpowiadanie na ich potrzeby, to najlepszy sposób na budowanie produktów, których nie trzeba „sprzedawać” bo klienci sami chcą je kupić. Gdyby ktoś chciał dziś stworzyć kurs online w niszy edukacyjnej, od czego powinien zacząć? Jakie są najczęstsze błędy początkujących?
Mateusz: Przede wszystkim powinien się zastanowić, czy chce poświęcić przynajmniej 2 lata na budowanie swojej rozpoznawalności i pozycji na rynku. To nie jest już rok 2018, gdzie kursy online były błękitnym oceanem w każdej niszy. Być może będę brutalny, ale wychodzenie z założenia, że „jakoś to będzie”, z dużym prawdopodobieństwem skończy się straconym czasem i wysiłkiem. Tworząc markę edukacyjną (czy to osobistą, czy firmową), trzeba być jakimś. Być choć trochę charakterystycznym. Mam przez to na myśli przynajmniej trochę własnej inwencji w kreowaniu swojej marki. Przez ostatnie 2 lata funkcjonowania Matematrików mieliśmy kilka sytuacji, gdzie widzieliśmy kropka w kropkę „zapożyczone” od nas teksty reklamowe, a nawet nazwy produktów. Nie wiem, co można takim działaniem osiągnąć, natomiast chyba niezbyt wiele, sądząc po tym, że te osoby w pewnym momencie zniknęły z naszego pola widzenia i „tyle ich widzieli”. W kursach online trzeba przyłożyć równie duży nacisk na marketing, co na produkt. Sprawdza się zasada, że co jest dla każdego, to jest dla nikogo. Rynek jest naprawdę szeroki, a odbiorcy bardzo zróżnicowani. Jednym uczniom kursów szukają rodzice, inni decydują sami. Jedni wolą uczyć się od kulturalnych i miłych nauczycielek, a inni wolą słuchać filmików PATOMATMY. Świat jest niejednorodny. I to jest super.
Jak się skontaktować?
Sebek: Gdyby ktoś chciał skorzystać z Twoich produktów lub usług, to jak najlepiej się z Tobą kontaktować?
Mateusz: Bezpośrednio ze mną najprościej będzie przez instagram: @mateusz.duchniak, natomiast nasze produkty dostępne są na stronach: https://szkolahaftu.pl oraz https://matematriki.pl

Od 2019 r. tworzy produkty edukacyjne online. Współzałożyciel Szkoły Haftu – pierwszej i największej w Polsce platformy szkoleniowej i wydawnictwa skupiającego się na tematyce haftu ręcznego oraz współtwórca marki Matematriki – platformy z kursami online z matematyki dla uczniów szkół podstawowych i średnich. Z wykształcenia inżynier, z doświadczenia kreator.
